_Blog opowiemci
sanatorium 2010-04-06

Pozwoliłam mu wejść, żeby mnie uratował.
Skąd miałam wiedzieć, że tak to bedzie wyglądać ?

***

- No na co czekasz ? Skończmy już. Ręce mnie bolą..
Cisza. Stoi naprzeciwko i bosą stopą wybija rytm na posadzce.
- Słyszysz ? Rozwiąż mnie.
Milczy. Słyszę tylko jak oddycha. Miarowo. Spokojnie. Cisza. Jesli tak jest w zaświatach, to już nigdy nie targnę się na swoje zycie.
- Głuchy jesteś ?!
Przesuwa fotel pod scianę. Siada dokładnie naprzeciwko mnie. Patrzy. Po prostu patrzy. Brakuje mu tylko pierdolonego popcornu i trójwymiarowych gogli.
- Co to, kurwa, seans ?! Rozwiąż mnie !
Zero reakcji. Nie drgnie mu nawet jeden mięsień. Szarpię się nerwowo. Bez efektu. Wreszcie coś przychodzi mi do głowy.
- O co ci chodzi ? Chcesz mnie przelecieć ? Śmiało.
Oho. Zaciska szczękę.
- No co ? Nie po to tu jestem ?
Ręka drży mu na poręczy fotela. Zgrzyta zębami.
- Ach.. Może liczysz na to, że zacznę płakać i błagać ? To cię rozczaruję. Nie mam czym.
Słucha mnie uważnie. Patrzy mi prosto w oczy. Nie mam już siły. Jego milczenie jest nieznosne. A przecież wcześniej mi odpowiadało.. Niech to szlag.
- Kocham Cię.
Mam wrażenie, że to omam. Że tak, jak przewidziałam, zaczynam wariować. Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami, nic nierozumiejącym wzrokiem. Już jestem gotowa uwierzyć, że to początki halunów, gdy on otwiera usta. I wymawia te słowa po raz drugi. Wyraźnie. Naprawdę.
- Kocham Cię.
Jak gdyby mówił mi : mam aids. Jak gdyby to była choroba.
- Cooo.. ?
Mój szok trwa tylko chwilę. Po czym wybucham szyderczym śmiechem. Głośnym, bezlitośnie szczerym.
- Thyyy ? Mnie kooochasz ? Thaaak ?
Trzęsą mi się ramiona, boli przepona, z oczu spływają łzy. W końcu, gdy juz nie mam sił śmiać się, spoglądam na niego. Siedzi jak siedział. Milczy. Zero emocji. Wkurwiam się.
- Więc tak ? Chodzi Ci o uczucia ? A to jeszcze gorzej. Seks bym zniosła, ale to.. Widzisz.. Ja nic nie czuję. Nie tyle do Ciebie, co w ogóle. No, może małą przyjemność, gdy widzę, że Cię boli.. Ale poza tym.. Nic nie możesz mi dać. Nic. I ja niczego nie chcę od Ciebie. Więc mnie wypuść, bo pozytku ze mnie nie będziesz miał.
- Myślisz, że mogłoby mi chodzić o seks ? O Twoje ciało ?
pierwszy raz wypowiedział tak długą kwestię. Być może dlatego straciłam rezon.
- Przecież mógłbym je wziąć. Wiesz o tym. To, czego chcę ode Ciebie - pochylił się w moją stronę - musisz najpierw mieć Ty. Dopiero wtedy mógłbym o to prosić.
Wstał powoli i podszedł do mnie. Uklęknął i patrzył na mnie.
- Jesteś tu po to, żeby to odzyskać.
Mhm. Wystarczyło. Wróciłam do siebie.
- A Ty miałbyś mi w tym pomóc, tak ?
- Tak.
- A co to takiego ?
- Ty.
- Ja ? Nie znasz mnie. Nie wiesz, co mówisz. Nie wiesz, co robisz. Wypuść mnie dla własnego dobra.
Pokiwał przecząco głową, spuścił wzrok. Przesunęłam stopą po jego boku.
- Może być tak jak wcześniej..
Westchnął. Przesunęłam ją wyżej.
- Po co to komplikować ?
Odepchnął moją stopę i gwałtownie wstał. Wzrok mu pałał, patrzył na mnie ze złością.
- No własnie - wycedził przez zaciśnięte zęby - o to chodzi. Pożądanie jest proste. A to, czego chcę jest skomplikowane.
- To czego Ty chcesz ? - byłam już zupełnie spokojna. Mojej duszy ? Niczego nie osiągniesz. Ja nic nie czuję. Powiedziałabym, że mi przykro, ale tak nie jest. Nie mam tego, czego chcesz.
Uśmiechnął się do mnie. Po raz pierwszy. Powoli, z namysłem. Pochylił się i wyszeptał :
- Masz. Zaraz Ci pokażę.
Przeszedł przez pokój i otworzył pierwzą z brzegu szufladę. Pokój oświetlała tylko nocna lampka. Nie widziałam, co wyjął, dopóki nie podszedł bliżej. Nie było mowy o pomyłce. To były moje majtki.
- Co to ma..
Nie dane mi było dokończyć. Uklęknął i zanim zorientowałam się, co robi, czułam chłodny materiał na łydkach. On zakładał mi majtki. Nigdy tak nie krzyczałam. Próbowałam go kopnąć, ale byłam bez szans. Po chwili było po wszystkim. Już nie krzyczałam. A on stał i patrzył spokojnie, jak zwycięzca.
- Widzisz. Już coś masz. Wstydzisz się.
A potem wyszedł. Ze zdziweniem stwierdziłam, że ... płaczę.


W krainie kota 2010-03-09

Oto powróciła z zaświatów.
Ta, z którą nawet diabeł nie chciał pozować do zdjęć.
Hej, wypalona dziewczyno ! Tak, Ty. Z zielonymi oczami.
To Ty ?
Ty..
Stało się, prawda?
Myślałaś, że żyje się siedem razy?
Gdyby tak było, z nieba zamiast manną dobry Bóg sypałby whiskasem.
Trochę wyobraźni. Wy-o-braź-ni.
Bóg zawsze karze nas za to, czego nie potrafimy sobie wyobrazić.
Nie wiedziałaś? Tyle lat się znacie...

* * *
Wiedziałam, że mnie znajdzie. Z czarnych majtek zdjętych dla zabawy zrodził się czarny kot i przebiegł mi drogę w którymś ze snów. I potem się stało. Znalazł mnie i szalony sen wstał ze słońcem. I śnił się..
* * *
16 dni. Trzymał mnie tam 16 dni. Czy to była niewola ? Z perspektywy czasu, stwierdzam, że nigdy nie czułam się bardziej wolna. Paradoks. Siedziałam związana na środku pokoju i wolność wprost kapała mi z ust, uwierzycie ? Oczywiście na początku byłam wsciekła. Szarpałam się, krzyczałam, chyba nawet splunęłam mu w twarz. Przestałam jeszcze pierwszego dnia. Bo czy nie było to właśnie TO, czego chciałam ? Czy nie prosiłam o to ? Mogłam udać, że go nie rozpoznaję, przebiec na drugą stronę jezdni, wejść w pierwsze otwarte drzwi.. Ale to ja sama sprowokowałam to wszystko. Ja karmiłam czarnego kota. Sama sobie podarowałam 16 najbardziej niezwykłych dni w moim życiu..
* * *
Od razu go rozpoznałam. Tak jak i on mnie. Kiedy podniósł wzrok niemal czułam jak się we mnie zapada. Poszedł za mną bez słowa. Całą noc siedział w fotelu i patrzył na mnie. Nie padło ani jedno słowo. Tak jak w żadną z kolejnych dwudziestu nocy. Tyle trwało najbardziej chore adagio w historii. Pisałam na jego plecach i ramionach. Czasami atrament mieszał się z krwią. Bywało że całą noc spędzaliśmy milcząc, zupełnie ubrani. Innym razem całą noc studiowałam jego ciało. Pewnej nocy siedział nagi przez kilka godzin w wannie, a ja go malowałam. Woda była zimna i potwornie zgrzytał zębami. Ale milczał. Późną nocą obserwował mnie z podłogi. Czasami rankiem, gdy na czworakach szukałam butów. Byliśmy sami w czasie i przestrzeni. Raz zgasiłam na nim papieros. Ostatniej nocy wyjęłam z szuflady igłę i maszynkę. Usiadłam na nim i tatuowałam mu pierś. Krew ściekała mu po boku zatrzymując się na pasku spodni. Nie powiedział nic. Patrzył na mnie tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Jak oddychanie czy sen. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak daleko zabrnęłam. Wyrzuciłam go za drzwi. Zakrwawionego, półnagiego. Bez słowa. Z którejkolwiek strony. Odszedł. Ale wiedziałam,że wróci. Że przyjdzie po mnie. A potem.. Spodziewałam się tylko jednego.. ciszy.
Wrócił. I zabrał mi 16 dni. Dopiero teraz mam o czym opowiadać..


Prośba 2010-01-19

Czasami, żeby poczuć, że żyjemy, robimy dziwne rzeczy. Można udawać, że jest się bohaterem filmu. Zrobić sobie tatuaż, kupić nieprzyzwoicie drogie buty, skoczyć na bungee, krzyczeć, wyjechać na wczasy, uprawiać seks w publicznej toalecie. Ale można też stymulować się bólem. Wziąć swój lęk za rękę i prowadzić aż do skraju możliwości. Rozbijać się na atomy i składać nocami jak puzzle. Hodować nienawiść w doniczkach codzienności i patrzeć, jak pędy wypełzają na lustro. A potem błagać siebie samego o litość. Ale czasami i to zawodzi. Wówczas jest wielka złość, pokazywanie fuck you do Boga i głuche telefony do psychoterapeuty.
A potem wychodzi się z foremki.
Wychodzi się na światło dzienne i szarpie obcych ludzi za rękę. Prowokuje się ich do rzeczy, na które nam brakuje odwagi. Wciąga się w tę grę osoby trzecie. Robimy to w dobrej wierze. Wiedzeni resztkami instynktu samozachowawczego. Liczymy na policzek, który prezywróci nas do życia. A gdy nikt go nie wymierza, robimy bardzo dziwne, bardzo złe rzeczy, aby dostać to, czego chcemy. I nie jest nam wstyd. Bo granica została przekroczona. A za tą magiczną linią demarkacyjną, strach jest tylko stosem ogryzionych paznokci. Liczy się tylko kolejny oddech, kolejna kartka z kalendarza, o którą walczymy bez żadnych zasad. Więc, zrób to dla mnie. Jeszcze nie jest za późno. Nie zmuszaj mnie, żebym Ci udowadniała, jak bardzo chcę żyć. No dalej, uderz mnie.


Miasto zaśnieżone 2010-01-05

20 centymetrów. 20 centymetrów czystego, białego śniegu. 20 centymetrów, które najpierw podglądały nas przez okna, by potem opaść niewinnie na ulice, dachy, parapety. 20 centymetrów tajemnic. 20 centymetrów przedświątecznej gorączki konsumpcyjnej. 20 centymetrów niechcianych prezentów. 20 centymetrów wyplutych opłatków. 20 centymetrów fałszywych życzeń. 20 centymetrów samotności. 20 centymetrów noworocznych postanowień. 20 centymetrów marzeń. 20 centymetrów strachu. 20 centymetrów nadziei. 20 centymetrów beznadziei. Milczący świadek przykrył świat. Ukrył wszystko, co brzydkie i niemoralne. Przykrył wstyd i wszystko, co życzylibyśmy sobie zapomnieć. Milczy, a my razem z nim oczekujemy roztopów...


 


Być może podejrzewano, że na potwierdzenie danych statystycznych, jak większość samotnych obłąkańców, targnę się podczas świąt na swoje życie. Hmm.. Być może i tak by się stało. Jednakże w wigilię, gdy pierwsza gwiazdka mrugała do mnie z dna butelki, a ja dzieliłam się z Bogiem opłatkiem pobożnej setki wódki, powrócił Kot. Z początku wzięłam go za omam alkoholowy. Ale to był rzeczywiście on. Srebrzysty, wiecznie nadąsany stał na klatce. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego. Ot, pod kategorię "rozstania i powroty". Tylko, że Kot nie miał... imienia. Staliśmy naprzeciw siebie i nie potrafiłam go zawołać. Miał więc prawo uciec i mnie nie słyszeć. Miał pieprzone prawo nie istnieć. Teraz już się nazywa i jak najbardziej realnie liże mnie po rękach. JA od tamtego dnia też się nazywam. Całą noc kolędowałam swoje imię wzywając je znikąd. I nie miałam wrażenia wzywania zmarłych, ale czegoś znacznie gorszego..


 


W sylwestrową noc, ubrana tylko w bieliznę i płaszcz, kołysząc się na wysokich obcasach, wyszłam do klubu. Najzwyczajniej w świecie usiadłam przy barze i odpaliłam papierosa. Zaciągając się leniwie, zupełnie głucha na świat obok, jak gdybym głowę miała wyłożoną korkiem. Lekko wstawiona, bez żadnego planu, zawieszona. Przypominałam watę. Nie miałam pojęcia, że już wtedy rzeczy, których nie byłam świadoma, trzymały go w mocy. Obrzęknięte od alkoholu wargi, zmierzwione włosy, pantofelek kołyszący się na uniesionej stopie. Tak długo szukałam czegoś, w czym mogłabym zawrzeć swoje szaleństwo. I wtedy znalazłam jego oczy.


Nie zamieniłam z nim ani jednego słowa. Nie wiem, kim jest i nic mnie to nie obchodzi. Tak jak nie obchodziło mnie, kiedy pozwalałam mu na siebie patrzeć. Kiedy patrząc mu prosto w oczy, ściągałam powoli majtki, siedząc na barowym krześle. Nie miałam wyrzutów sumienia, widząc, że sprawiam mu niemal fizyczny ból. Wcale nie było mi przykro, gdy wzrokiem pytał, czy naprawdę wychodzę. Wcale się nie wstydziłam. Kładąc mu je na kolanach, gdy wychodziłam. Widzicie, to nie jest nic wielkiego zdjąć bieliznę. Kiedy się kochało tak bardzo. Kiedy się było nagim do tego stopnia, że gościło się w sobie czyjąś duszę. To nic wielkiego. To jest naprawdę bardzo mało.. Ale oglądanie nie swojego bólu.. to zupełnie inna historia. Zadawanie go, tym bardziej..


 


Zmartwychwstałam więc. Prawdziwa wiosna ! A wiosnę lubi każdy. Odradzanie się. Pierwsze oznaki życia zawsze cieszą. Nawet, gdy są to chwasty - a to widać dopiero z bliska. Wyrastające spod śniegu. Bo z tym śniegiem to też nie takie proste. Niby posiada te magiczne właściwości, o których wspomniałam. Ale to niezupełnie tak.. Widzicie, śnieg nadal pada. Ukrywa wszystko, co powinien ukryć. Ale pod niebem mojej czaszki wciąż beztrosko kursują herezje, kolędy bezbożne, myśli karkołomne i rozpustne.. A przecież chodzę bez czapki.




Striptiz 2009-12-10

Dlaczego to robię ? Przecież nikt mnie nie zmusza..


Dlaczego opowiadam te rzeczy ? Przecież nikt nie musi wiedzieć..


Że nie sypiam. A jeśli już, to nago. Że piję. I jak już, to sporo. Że narzeczony umarł mi na rękach. Że się jechało na psychotropach na tamten świat. Niejeden raz. Że się śnią rzeczy straszne. Że się ustawicznie wkurwiam na Boga. Ale zawsze kupuje mnie paroma promykami słońca i gorącą kawą, i znowu sie lubimy. Czasami nawet gratis da mi spokojną noc. Że ciągle coś mnie boli. Że przeklinam przywilej pamięci i prowokuję śmierć, która sukcesywnie mnie olewa. Że uczę się żyć w pojedynkę, ale jak na razie mam same banie za aspołeczność i tym podobne. Ze mój ojciec umiera na raka i jest jedyną osobą czytająca ten blog, która zna moje  imię. I nie chce znać niczego ponadto..


Ale ja rozbieram się nadal. Może zechce wiedzieć. Opowiadam siebie konsekwentnie.


Wbrew zdrowemu rozsądkowi. Kiedy mój świat się rozsypał nauczyłam sie przecież, że jak ludzie widzą ranę, to nie szukają plastra, tylko soli. A tymczasem wracam tu. I wyjmuję te drzazgi publicznie. Bo jak krwawi, to znaczy, że żyje.


Ale nie tylko dlatego. Pod kloszem tych słów kiełkuje nieśmiało jakaś więź. Jeszcze nie umiem wysyłać uśmiechniętych buziek, słoneczek, czy czego tam jeszcze. Jeszcze nie umiem wierzyć, dziękować, cieszyć się. Ale wracam do Was. To nieśmiałe maleństwo  szepce mi : "Kto widział striptizerkę ubraną od stóp do głów?" Więc wracam. Opowiadam. Zrzucam z siebie te obawy, zanim we mnie wrosną.


Nie czekam na oklaski. Wystarczy, że jesteście.. jak plastry.


Piosenka no nowy rok kalendarzowy 2009-12-04

Dostałam kalendarz. Ma granatową okładkę i czyste białe kartki. Tak zwany Mikołaj chyba takiego nie ma skoro się pośpieszył. Albo naprawdę ma "taką małą głowę". W każdym razie kalendarz leży i z uporem ściaga na siebie mój wzrok. Podobno to jeden z najpraktyczniejszych prezentów. Moim zdaniem to najgorszy z możliwych. Mała granatowa książeczka, która sukcesywnie traktowana atramentem ma mi udowodnić, że życie jest przewidywalne. Och, naiwna książeczko. Och, bezmyślny Mikołaju. Bez tych dat, bez jeszcze dziewiczo białych kartek, wiem, co zdarzy się na pewno..

Na pewno jeszcze nieraz potknę się o sznurówki rzeczywistości. Na pewno nieraz zabłądzę, zgubię się w kolorowych trendach, potokach słów, tłumach, w korytarzach myśli uczesanych i tych wymagających cenzury. Na pewno nieraz jeszcze obudzę się z krzykiem i wypłaczę resztki złego snu w niewidzialny rękaw Jego bluzy. Na pewno nieraz zrobię w nocy pranie i upiję się do nieprzytomności. NA pewno nieraz powstaną wykresy ilustrujące wzrost schizy w stosunku do ilości wypitego alkoholu. Na pewno nieraz utknę na literackiej mieliźnie nie mogąc wygrzebać właściwych słów. Na pewno zdarzy mi się śnić śmierć i rano przeprowadzać nerwowo obdukcję. Na pewno gdzieś między jednym potknięciem, a drugim zdarzy mi się wzywać imię Boże nadaremno. Przyjdzie na pewno też taki dzień, że i przed Nim będę chciała się schować. Pogaszę swiatła, zjem kabel telefoniczny, pościeram odciski palców, zakleję dziurki od kluczy. W końcu roztopi się śnieg i odsłonię okna. Podłączę znów telefon, bo może zadzwonisz, tato. Pójdę szukać siebie, bedę uczyć się śmiać. Na pewno nieraz zapukam do was klawiszami. Tak. To na pewno. Jeszcze niejedno wam opowiem.

A to, czego nie wiem, pozostanie do czasu znakiem zapytania. Ty, kalendarzyku, także tego nie wiesz. Ten grubas Mikołaj zresztą też.


Moja mała aborcja 2009-11-24

Wynosząc śmieci, kartony pełne bibelotów, ubrań, płyt i innych pamiątek po niedokończonym życiu, wyniosłam trochę siebie. Wieczorem zmęczona, skłonna zasnąć w opakowaniu, usiadłam na brzegu kanapy. Przez szeroko otwarte okno wpadał jesienny chłód. Z ust wydobywały mi się obłoczki pary. Rozejrzałam się po pokoju, z którego się wyskrobałam. Ramki z których wydarłam wspomnienia tworząc chronologiczne czarne dziury. Szafki, z których wygrzebałam koszule i swetry, które przecież zapomniały już kształt Twojego ciała. Pudełka, z których wydłubałam płyty pełne piosenek "naszych", których już nie zafałszujemy razem. A solo to żadna radość przecież. Zdjęcie, które.. które wciąż leżało na podłodze. Wyzywająco. Jak dowód zbrodni. Ale ja się nie bałam. Pogładziłam dziewczynę po długich włosach. Uśmiechnęłam się do niej. Żegnaj wypalona dziewczyno, zanuciłam jej. Żegnaj, zakazany płatku śniegu. Żegnajcie otwarte rany.

Rozluźniłam uścisk i pozwoliłam jej odejść. Popłynęła z wiatrem. Ciągle uśmiechnięta.
Spojrzałam w okienną szybę. Tak. Już po wszystkim. Wybacz wypalona dziewczyno. Wiesz przecież, nie mogę powstrzymać dorastania.

Biorę głęboki oddech i zamykam okno macicy. A potem zwijam się jak embrion i zasypiam. By rano narodzić się w bólach. Wierzę, że to już ostatni raz.


Zawieszenie broni 2009-11-20

Wstałam dziś rano bez wyrzutów sumienia, że żyję. Nie wymierzałam w siebie sztućców przy śniadaniu, nie próbowałam utonąć w kubku kawy. Nie było tradycyjnego podkopu pod swoją świadomość, ani dryfowania na masochistycznym oceanie. Żadnych gróźb w kierunku lustra, żadnych gorączkowych poszukiwań urodzajnego  miejsca na kolejną bliznę. Tylko zupełnie niewinnie banalne bułki i gorąca kawa.


Serce mi bije, wdycham jesień, swędzi mnie stopa, chce mi się siku. I  dopiero teraz rozumiem, że to nie jest grzech. Że wcale  nie dzielą nas dwa metry ziemi. Przecież jesteś tu ze mną, kiedy tylko zechcę. Wystarczy słowo, czy zapach, zebym wywołała sobie odpowiedni obraz. Już nie na siatkówce. Tylko w sercu. To, co było należy do mnie i nikt mi tego nie zabierze. Żyję- Bóg jeszcze ciągle patrzy mi w czubek głowy. I dobrze. Bo nie chciałabym, żeby dotykał moich włosów. Byłoby Mu głupio, że nawet On nie potrafi tego, tak jak Ty.


Betonowe koła ratunkowe 2009-11-17

Spłukałam w kiblu wszystkie dropsy, jakie przepisał mi doktor. A także te, których nie przepisał. Było tego draństwa tyle, że w nocy nie mogłam spać z obawy, że klozet się zbuntuje i nastąpi erupcja paranoi we wszystkich kolorach tęczy. Na szczęscie nic takiego nie miało miejsca. Moje otępienia, sny, barwne kolaże schizy popłynęły w szeroki świat ściekiem. Tak oto skazałam się na trzeźwość umysłu.

Posprzątałam swoje mieszkanie. Bardzo dokładnie je posprzątałam. Coraz rzadziej słychać w nim smutek. Zaczęłam uśmiechać się do wspomnień. Bardzo szczerze. Bo przecież gdzieś tam było dobrze. Było powietrze jak arbuzowa oranżada i klucze ptaków. Było milczenie spływające potokami słów, które znajdowały drogę bez nagłośnienia. Nikt mi nie darł mordy : Włącz wzmacniacze mała ! Teraz wokół mnie tylko turystyka, prokreacja i samorealizacja w rytm popowego gówna z komercyjnych stacji. Wyścig szczurów i całe zastępy vipów w markowych łachach. Zbiorowy halun. Ludzie którzy zgadzają się z innymi, bo nie mają własnego zdania. Rzygać się chce. Więc tym bardziej uśmiecham się do wspomnień. Do Twojego płaszcza i wszystkich ulic wśród których łopotał beztrosko. Do zegarka, którego nigdy nie potrzebowałeś. Do mnie samej, bo przy Tobie tym właśnie byłam. Sobą.

Ale nadal bywa fatalnie. Są dni tak straszne, dni rozpiżdżone , kiedy nic mi nie pomaga. Jestem albo smutna jak piwo bezalkoholowe i płaczę, albo rozwalam krzesła i chowam się w domu, żeby nikogo przypadkiem nie zabić. Ale nauczyłam się radzić sobie z tym. W takie paskudne dni, w takich wstrętnych chwilach, staram się myśleć tak, jak wtedy, gdy miałam pięć lat. W rajtuzach z dziurą na tyłku, ze szczerbatą szczęką, z rękami pomazanymi flamastrami. Ze słońcem w oku i dżemem na swetrze. Z przekonaniem, że kochać kogoś dziesięć wiader to jest na maksa dużo. Z radością, której nikt nie był mi w stanie odebrać. Z prawdą, której nie byłam świadoma, a za którą teraz tęsknię. I to działa. Ten skurwiel Mały Książę nie kłamał. Najpierw trzeba oswoić siebie.

To mówię ja. Dziewczyna, która spłukała w kiblu setki betonowych kół ratunkowych i wraca do gry.


Pocztówka z prowincji 2009-11-03

Wcale nie uciekłam. Wręcz przeciwnie. Przypatrując się muzeum, którym uczyniłam mój, nasz dom, zrozumiałam, że ja i świat stoimy naprzeciwko siebie. A miedzy nami rozciąga się przepaść głęboka jak lęk. Nie wiedziałam, jak to zrobię i czy się uda. Zabrałam paczkę herbaty i czyste zeszyty, i wyjechałam prosto w jesień. Wyjechałam, by wybudować pomost.

Spędziłam prawie tydzień w drewnianej chacie na wsi, której nazwy nawet nie pamiętam. Pierwszego dnia, a raczej nocy, chodziłam po domu nago, wypiłam butelkę niezidentyfikowanej nalewki, zasnęłam przy otwartym oknie i obudziłam się ze szronem na rzęsach.

Następnego dnia poszłam do lasu. Zgubiłam się kilka razy, strasznie przeklinałam. Nazbierałam grzybów. Wracając napotkałam pijaczka cuchnącego denaturatem, który te grzyby podeptał, ratując mi życie. Nocą rysowałam, rozmawiałam ze sobą i spałam. Nie śniłam.

Nazajutrz ponownie spotkałam owego pijaczka i jemu podobnych w pobliskim sklepie. Kupiłam im najdroższe wino i słuchałam historii ich życia. Jeden z nich, ubrany w letnie spodnie i podkoszulkę, opowiedział mi o swojej córce. O jej świadectwach z paskiem. O tym, jak pięknie śpiewa. Jak pomaga w domu. Jakie ma piękne długie włosy. O tym, jak przed samym wyjściem ze szkoły przejechał ją sportowy samochód. O tym, że gdy ją podnosił, włosy nie należały już do niej, były bardziej przerażające niż krew. O tym, że musi iść do domu, bo ona zaraz kończy lekcje. Gdy odchodził, obejrzałam się i ujrzałam.. siebie. Nocą śniłam dobrą śmierć.

Wstałam o świcie. Piłam herbatę. Potem poszłam pod kościół, usiadłam na murze i obserwowałam ludzi. Nocą napisałam długi list do siebie i postanowiłam przeczytać go za dwadzieścia lat.

Następnego dnia padał deszcz. Sfotografowałam swoje ciało. Stopy, plecy, twarz, piersi, ręce. Do niego także napisałam list. Obiecałam, że nie będę go więcej krzywdzić. Spałam spokojnie.

W sobotę była piękna pogoda. Wyszłam na spacer. Spotkałam młodą, ciężarną dziewczynę. Dotykałam jej wielkiego brzucha. Miałam pod palcami życie. Uświadomiłam sobie, że oto w jej śmiertelnym ciele poczęło się życie, które wystawia śmierci fuck you. Które ję depcze. W nocy tęskniłam. Długo myślałam o tym, że gdybym tylko mogła cofnąć tamtą niedzielę o godzinę, kochałabym się z nim. Oszukalibyśmy śmierć. Zasnęłam nad ranem.

W niedzielę po raz pierwszy od pół roku pojechałam na cmentarz. Spotkałam jego matkę. Cała była bólem. Chciałam zdjąć go jej z ramion, choć trochę. Podzielić go na nas dwie. Ale ona go w sobie pielęgnuje. Rodzi go codziennie. Zastąpił jej syna. Pamiętasz, tato, wtedy, w sobotę, jak krzyczałeś? " Co Ty w nim widzisz ?! " Siebie. To było ostatnie słowo między nami, a trzaśnięciem drzwi. W niej także zobaczyłam siebie. I zrozumiałam, że tego nie chcę.

Dziś rano obudziłam się, żeby napić się herbaty. Może to głupi powód, ale zawsze jakiś. Nie widzę jeszcze pomostu. Ale coś majaczy za parą z herbaty.


e-blogi.pl zymzym.info
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]